poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Podsumowanie albumów 2012

W dzisiejszej rzeczywistości, gdzie wszystko jest tymczasowe, gdzie codzienna możliwość dotarcia do setek nowych rzeczy skazuje na pobieżność poznawania, zakrzywienie czasoprzestrzeni nie pozwala odróżnić zachwytu od sugestii, a kompresja doznań zauroczenia od wartości - muzyczne podsumowanie roku jest swojego rodzaju katharsis, które pozwala uporządkować i nazwać emocje, skatalogować wspomnienia i zweryfikować co było ważne.
Dystans czasowy jest bezwzględny i nieubłagalny, płowieją w nim krzykliwe okładki i recenzje modnych czy przełomowych płyt, maleją ilości odsłuchów powalających pierwotnie płyt ulubionych artystów, zacierają się w pamięci okoliczności pierwszych odsłuchów kolejnych arcydzieł. Równolegle gdzieś z głębi, powierzchownie ocenione, odłożone na inny czas albumy dopominają się kolejnych odtworzeń. Pojawiające się wspomnienia z koncertów i festiwali, repetycje zapamiętanych emocji, pozwalają odtwarzać właściwą kanwę minionego roku.
Są płyty, które już zawsze będą mi się kojarzyć z 2012 rokiem i będą jego nierozłącznym elementem, jak przeżycia osobiste czy ważne wydarzenia na świecie. Będą soundtrackiem tego fragmentu mojego życia. Są na pewno na poniższej liście, chociaż wiem, że wiele innych zniknie, niezależnie od aktualnego miejsca w rankingu.


40. Blank Realm - Go Easy
/Fire/

To inny australijski zespół był bohaterem 2012 roku, doprowadzając do geniuszu modernizację psychodelii lat 60-tych. Tutaj mamy w zasadzie te same pierwiastki, ale podane w zadziornej, hałaśliwej estetyce. Okładka albumu w pełni oddaje zawartość płyty. Chaotyczne, niepoukładane wokale,  narkotyczne, psychodeliczne odjazdy sekcji rytmicznej,  hipnotyczne gitarowe tła, mimo, że pozornie krzykliwe, tworzą  marzycielski, leniwie słoneczny klimat.

Acting Strange


39. Pegasvs  - Pegasvs
//

Odkryty przy okazji Primavery 2012 i przypatrywania się lokalnej scenie, duet z Barcelony, wciąga na swoim debiutanckim albumie, chłodnym krautrockowym pulsem i  melancholijnym ciepłem wokalu. Oparte na shoegazowych syntezatorach utwory, tak jak współgrały z nadmorską scenerią festiwalu i  falującym, gorącym powietrzem, tak wprowadzają w leniwą błogość w każdym innym otoczeniu.


Brillar


38. Wymond Miles - Under the Pale Moon
/Sacred Bones/


Prosty, szczery, przepełniony bólem, zmaganiami ze stratą, zagubieniem pomiędzy tym co mamy, a czego pragniemy - album gitarzysty The Fresh and Onlys. Garażowy brud gitar został porzucony na rzecz nostalgicznego janglingu, post-punkowej sekcji rytmicznej, wypełnianych zbolałym "cure'owym" wokalem. Nieskomplikowane, wtórne, może czasami zbyt teatralnie dramatyczne piosenki, chwytają jak żadna kompozycja jego macierzystego zespołu.

Run Like The Hunted


37. Killing Joke - MMXII
/Spinefarm/

Ponad 30 lat po wydaniu klasycznego debiutu, rozsadzającego definicję post-punk mrokiem i energią metalu, industrialu i goth, wydali album świeży, brutalny i tak apokaliptyczny jak tylko oni potrafią. Ponownie natchniony Coleman snujący wizje o zagładzie cywilizacji, rozdzierającym, mistycznym wokalem zawstydza setki młodych naśladowców. Zaskakującym wytchnieniem od miażdzącym riffów, "In Cythera" i "Primobile", przypominają moment w historii muzyki, w którym rozpoczęli ją zmieniać.

Pole Shift



36. Guillemots - Hello Land!
/The State51 Conspiracy/


Sześć lat po bardzo dobrym debiucie, w końcu płyta, która nawiązuje jakością do tamtego pięknego zbioru opowiadań rozpisanych na elektroniczne plamy, trąbki, fortepianowe pasaże i setki  zegarmistrzowsko umieszczonych, misternie wygenerowanych, różnorodnych dźwięków. To muzyka, jak przystało na art pop, przemyślana, wysmakowana, precyzyjnie wykonana, utkana z setek inspiracji, jednego z bardziej erudycyjnych brytyjskich zespołów.

I Lie Down


35. Japandroids - Celebration Rock
/Polyvinyl/


Począwszy od energii, poprzez podobną intensywność gitar i krzykliwość wokalu, autoplagiatyczne riffy, skończywszy na okładce, przy pierwszym odbiorze to płyta identyczna jak świetny "Post-Nothing". Przy kolejnych, brakuje gęstości brzmienia  i  improwizacji z debiutu, zastąpionych przez bardziej prostą, rockandrollową   jazdę z sekcją rytmiczną The Replacements.  Rezygnację i pogodzenie w intymnych tekstach wyparły wyśpiewywane często ze spreenstennowskim zacięciem manifesty. Ale to wciąż świetne punkowe melodie.
Younger Us


34. Burial - Kindred [EP]
/Hyperdub/


"Untrue" było ścieżką do nocnych podróży, było duszne, ale bardziej przystępne singlami i zamkniętą formą utworów.  "Kindred" to wiele pomysłów, rozdziałów, składającyh się na trzy długie utwory, sugerujących concept, który niestety tylko udają. Fascynuje jednak kosmicznym, odrealnionym dubstepem, gdzie przygniatający bas i stłumione wokalizy, otoczone firmowymi burialowymi trzaskami i szumami, rozpływają się w smutno-tanecznych pasażach syntezatorów, rozdzierając go w połowie niepotrzebnie rytmiką house-techno w "Loner".
Ashtray Wasp


33. The Evens - The Odds
/Dischord/


Legenda amerykańskiej sceny niezależnej, wokalista i gitarzysta Fugazi, Ian MacKaye, na kolejnej płycie męsko-żeńskiego duetu ze swoją partnerką życiową, nadal tworzy nastrojową, minimalistyczną, surową, muzykę, rzadko wychodząc poza gitarę barytonową, perkusję i naprzemienne wokale. Nad całością unosi się klimat Fugazi, ale przede wszystkim zapach niezależności, wolności i niczym nieskrępowanej radości z możliwości współtworzenia  muzyki jaką kochają. Pozazdrościć.
 
Sooner or Looter


32. Ty Segall - Twins
/Drag City/


Niezwykle płodny Ty Segall, na swoim trzecim w 2012 roku albumie, kontynuuje zabawę garażowym rockiem i punkiem, głęboko osadzonym w hardrockowej tradycji. Nie tak noisowy i energetyczny jak, także tegoroczny, "Slaughterhouse", nie tak psychodeliczny, brudny i powolny jak "Goodbye Bread" z 2011,  album zawiera porcję przebojowych garażowych utworów z nieskomplikowanymi lirykami, które skutecznie ubarwiają czas podróży samochodem, a na koncertach są gwarancją dobrej, szczeniackiej zabawy.
You're the Doctor


31. Jason Lytle - Dept. of Disappearance
/Anti-/
Lider nieodżałowanego Grandaddy, nagrał płytę, która mogłaby być kolejnym, choć najsłabszym, albumem macierzystego zespołu.
Już pierwszy utwór zniewala tak charakterystycznymi zwiewnymi melodią i głosem, pęcznieje różnego rodzaju smaczkami brzmieniowymi i płynie wzruszającymi, wznoszącymi akordami. To połączenie przesterowanych gitar, kosmicznych klawiszy z ciepłym, ckliwym wokalem Jasona działało na mnie zawsze i mimo braku tym razem inwencji twórczej, ten nowy zestaw  melodii znów podziałał rozgrzewająco na moje serce.
 
Matterhorn


30. The Flaming Lips - The Flaming Lips and Heady Fwends
/Bella Union/
Mimo, że każdy z 13 utworów tego albumu-kooperacji współtworzy inny gość, zarówno to eksperymentatorskie jak i piosenkowe oblicze tworzą niezwykle spójną całość, z wyraźnie odciśniętym psychodelicznym piętnem The Flaming Lips w każdym utworze. Różnorodność stylistyczna i wiekowa zaproszonych wykonawców pokazuje, jak po 30 latach od powstania, można być kreatywnym i inspirującym. Szczególnie udane utwory z udziałem Bon Ivera, Tame Impala, Edwarda Sharpe'a czy Chrisa Martina, przywołują na myśl najlepsze czasy "Soft Bulletin"
Ashes in the Air (feat. Bon Iver)


29. Mission Of Burma - Unsound
/Fire/


Klasycy post-punk, inspiratorzy dla  powstania takich grup jak Pixies, Dinosaur Jr., Fugazi czy Yo La Tengo, 30 lat po wydaniu przełomowego "Vs." nagrywają album przebijający energią i zaangażowaniem wiele wypalonych kilkuletnich bandów. Surowy, szortski, z charakerystycznym dla post-punk rytmem, basem i melodeklamowanym wokalem  oraz ich firmowym znakiem w tym nurcie: nieoczywistą perkusją i przesterowanymi, nieokiełznanymi solówkami gitar. Stale w duchu Stooges i Velvet Underground.
 
Semi-Pseudo-Sort-Of Plan


28. Tamaryn - Tender New Signs
/Mexican Summer/

Nie wnosząc wiele nowego, poruszając się w stylistyce shoegaze i dream pop, z wyraźnymi inspiracjami Slowdive czy Cocteau Twins i melodiami, które już gdzieś słyszeliśmy. Podwodne gitary,  marzycielskie klawisze i wokal a'la Elisabeth Fraser, nie działałyby, gdyby zespołowi nie udało się stworzyć solidnego, dobrze i bogato brzmiącego albumu z chwytliwymi utworami.



Prizma


27. Godspeed You! Black Emperor - 'Allelujah! Don't Bend! Ascend!
/Constellation/

Wprowadzające w album skrzypce, rozpoczynają powolne, repetetywne, konstruowanie, w mrocznej atmosferze, gitarowych, monumentalnych budowli, których gęste, potężne ściany dźwięków, wieńczą patetyczne, wzruszające,  wznoszące ku niebu wieże solówek skrzypiec, dęciaków i gitary prowadzącej, przybierające rozmiar większy niż to zdanie.  Nawet jeśli budowla nie różni się od tych sprzed 10 lat, na żywo ta zwierucha robi nadal piorunujące wrażenie.

Mladic


26. Richard Hawley - Standing at the Sky's Edge 
/Parlophone/

Psychodeliczny, ze spowolnioną bluesową sekcją rytmiczną i space-rockowymi odjazdami gitarowymi, album osadzony w klimacie brytyjskiego rocka lat 70-tych i amerykańskiego, korzennego spod znaku The Doors. Gęste od gitar i riffów, przestrzenne w odejściu, historie o rozpadzie, osamotnieniu i śmierci, opowiadane pogodzonym, barytonowym wokalem. Daleka od britpopowych korzeni, najbardziej agresywna, niepokąjąca płyta artysty.

Time Will Bring You Winter


25. Arrange - New Memory
/self-released/


Delikatna, senna muzyka. Ale to sny w kolorach pastelowych, przepełnione miękkimi, ciepłymi klawiszami oraz wokalem, szumami i spowolnionymi, ściszonymi "ścianami" gitar przywołującymi na myśl nieśmiały shogeaze. Smutny i zrezygnowany wokal, Malcolma Lacey'a, który sam stworzył i wydał album, jest tu niezbędnym dla kompletności doznań dźwiękiem. Słuchanie tej płyty to intymna relacja ze sobą, w tlących się żółto-pomarańczowych światłach wieczorów.

And My Hands Denied Me My Right


24. Goat - World Music
/Rocket/


Nie kojarząca się ze Skandynawią muzyka rozimprowizowana gitarami, etnicznymi eksperymentami i afrykańskim pulsem. Połączenie inteligentnych,  psychodelicznych gitarowych odjazdów spod znaku Dungen (także Szwedów) z grupowymi folkowymi zaśpiewami z funkiem i afro-beatem a'la Gang Gang Dance. W rytualnej atmosferze wokól osi precyzyjnej sekcji rytmicznej, owijają się nieoczywiste gitarowe solówki, wybuchają instrumentalne odloty i przetacza się wokalne szaleństwo.

Goathead


23. Menomena - Moms
/Barsuk/


Najbardziej chyba agresywny w warstwie lirycznej i muzycznej, rwany album popowych eksperymentatorów, z charakterystyczną tylko dla nich rytmiką, deszczem sampli i bogatą aranżacją utworów. Temat wpływu na życie i postrzeganie świata genów, pochodzenia, dzieciństwa, starzenia się, w skomplikowanych, połamanych nieoczywistą perkusją utworach. Spokojne klawiszowe fragmenty, napady paranoicznych dęciaków,  beznamiętny wokal, mocne teksty, rozjechane gitary - precyzyjny  chaos.
Pique


22. DIIV - Oshin
/Captured Tracks/


Z gitarami Real Estate, klawiszami War On Drugs i oniryzmem Wild Nothing, DIIV nie stworzył nowej jakości, ale wypełnił album udanymi dream-popowymi melodiami, które przejemnie wypełniają przestrzeń przy każdym odsłuchu, nie wzniecając jednak większych emocji. Kompozycje mimo, że wydają się monotematyczne, bez wyraźnie zarysowanych intro, outro i kulminacji, dzięki takiemu zabiegowi, tworzą rozmarzoną, rozleniwiającą całość. W słoneczne popołudnia wprowadza w błogi stan.
Doused


21. Andy Stott - Luxury Problems
/Modern Love/


Mroczna ambientowa muzyka, pełna dubowego pulsu dla tańczących inaczej. Duszna od budujących grozę gęstych podkładów, basów i potęgujących tajemniczość eterycznych, chóralnych żeńskich wokali. Tak jak Burial garage i dubstep tak Stott dub i ambient techno doprowadził do perfekcji, lepiąc z nich przystępne, melodyjne, transowe, zapamiętywalne utwory. Mimo, że zimna i odhumanizowana, kojarzy się z falującym gorącym powietrzem w mieście i wciąga do odsłuchań w skupieniu całości.
 
Numb


20. Mount Eerie - Ocean Roar
/P.W. Elverum and Sun/
Drugi z pary wydanych w 2012 roku albumów genialnego kompozytora i songwritera Phlia Elveruma, w odróżnieniu od intymnego "Clear Moon", przytłacza metalem i dronami, przez co najbliżej mu do "Wind's Poem" z 2009. Stłumione, twinpeaksowe ściany dźwięku w pierwszym utworze, w dalszych  stają się coraz bardziej agresywne, brudne i zgrzytliwe, zbliżając się do kakofonii Swans. Podskórnie odczuwamy jednak obecność firmowej, magicznej poetyki Elveruma, potwierdzanej wplatanami delikatnymi, kruchymi melodami i zagubionym głosem.

Pale Lights


19. Bob Mould - Silver Age
/Merge/


Solowa płyta lidera kultowego Hüsker Dü, którzy 30 lat temu jednymi z ważniejszych albumów lat 80-tych zdefniowali post-hardcore - jednak bardziej w klimacie innego projektu Moulda z początku lat 90-tych, Sugar.   Agresywne, wściekłe, hałaśliwe, punk-rockowe kopniaki pełne przesterowanych gitar, ale i dobrych melodii, nie wypadają gorzej i dzisiaj, w konkurencji z kompozycjami Foo Fighters czy Japandroids. Moulda rozliczenie z z przeszłością.

Silver Age


18. Niechęć - Śmierć w miękkim futerku
/Wytwórnia Krajowa/

W 2012 roku rozwijająca się Wytwórnia Krajowa zaproponowała zespół, który wytworzył przejmujący, trudno definiowalny klimat osadzony w tradycji polskiej muzyki popularnej. Post rockowe w konstrukcji,  zadymione nostalgią, jazzowe psychodeliczne pejzaże przywołują na myśl ścieżki dźwiękowe peerelowskich czarnobiałych filmów. Skąpana w półcieniach, z dalekim echem post punk, przepełniona niepokojem trawestacja Komedy.
 
After You


17. Matthew Dear  - Beams
/Ghostly/

Album przepełniony inspiracjami Talking Heads w tworzeniu i aranżacji utworów, przywołuje jednocześnie dokonania Davida Bowie, za sprawą barwy i sposobu używania wokalu. Już "Dark City" z 2010, zbił mnie z tropu, gdy zdumiony, nie mogłem  zapomnieć melancholijnego, mrocznego klimatu etykietowanego microhouse i synthpopem. Na tegorocznym dodając więcej barw i melodii,  Dear stworzył album, który chłonę jako całość, przy którym nie mogę powstrzymać się od tańca. Bardzo dziwnego tańca...
Earthforms


16. Mirrorring - Foreign Body
/Kranky/

Zaskakujący duet jednych z moich ulubionych ostatnimi czasy kompozytorek. Szumiąca ambientem, narkotyzująca dronami i gitarą Liz Harris tworząca jako Grouper oraz Jesy Fortino - mistrzyni operowania ciszą jako najważniejszym dźwiękiem wypełniającym przestrzeń jej kruchych wokalnie i folkowych gitarowo utworów jako Tiny Vipers. Magiczne, katarktyczne  połączenie tych dwóch światów, pełne podskórnego  napięcia, szczerości i przyjemnie otulającego przygnębienia.
 
Cliffs


15. Orcas - Orcas
/Morr/
Twórca kilku intrygujących albumów jako Benoît Pioulard, tym razem w innym projekcie. Thomas Meluch nie odchodzi daleko od ambient-popowego charakteru wspomnianych płyt. Tym razem nie tracąc rozmarzonego klimatu, utwory stały się bardziej przejrzyste, przestrzenne, oczyszczone, choć nie całkowicie, z szumów i trzasków. Nadal hipnotyczny, podwodny głos i snujące się przepiękne harmonie czy fortepianowe pasaże, zawieszają co chwila wzrok w niewidocznych punktach.


Carrion


14. Beach House - Bloom
/Sub Pop/


To mógł być drugi krążek "Teen Dream" gdyby był dwupłytowym albumem. Piosenki są jak kolejne pozycje w indeksie, nie słychać progresu ani regresu. To mało, aby zadowolić oczekujących na każdej płycie rewolucji w muzyce, w czasach tymczasowości i  szybko starzejących się albumów ale i jednocześnie dużo w kontekście trudnej sztuki utrzymania formy kompozycyjnej. Nadal magiczny głos V. Legrand, rozmarzone klawisze i delayowe gitary. Kolejny taki album już nie przejdzie, tymczasem  ciągle  uwielbiam momenty gdy otaczają mnie ich piosenki.
Myth


13. Lower Dens - Nootropics
/Ribbon/


Kojarząc się wokalnie z  Beach House i Exitmusic, album oferuje także podobną tajemnicę, mrok i rozmarzenie w utworach. W warstwie muzycznej dominują tu jednak zimne syntezatory, ambientowe tła, metaliczne gitary i krautrockowy chłód. Ta muzyka zaraża swoją sterylnością, eterycznością, selektywnością szczegołów i stopniowym budowaniem napięcia. Cały świat dźwięków zamknięty w pustym pokoju z białymi ścianami.
 

Brains


12. Lee Ranaldo - Between the Times and the Tides
/Matador/


Zbiór świetnych piosenek gitarzysty Sonic Youth, który wykorzystując rozpad grupy, odszedł od eksperymentalnych, noisowych kompozycji z poprzednich solowych albumów. Klimat tradycyjnej, amerykańskiej, gitarowej alternatywy, przełomu lat 80/90, college-rocka , czasami alt-country, charakterystyczna sonicowa gitara autora i sekcja rytmiczna za sprawą perkusisty SY, brak gitary Moore'a wypełniany klawiszami Johna Medeskiego.  Ten album nic nie wnosi, jest setem utworów, które lubię.

Xtina As I Knew Her


11. Ariel Pink's Haunted Graffiti - Mature Themes
/4AD/


Następca przebojowego "Before today" sprzed dwóch lat, łączy przystępność poprzednika z eksperymentami i dusznością, znanymi z wcześniejszych płyt kreatywnego freaka. Przy pierwszym odsłuchu rozczarowujący pozorną niespójnością, rozproszeniem pomysłów, gorszymi kompozycjami, z każdym kolejnym zniewala 60's i 80's klimatem oraz wywołuje uśmiech nieustannym żonglowaniem konwencjami od boogie, disco, przez post-punk po riffowy rock. W zatłoczonej Hydrozagadce powstał z tego wymarzony psychodeliczny, alternatywny koncert klubowy.
Early Birds Of Babylon


10. Disappears - Pre Language
/Kranky/


Zaskakująco dobry album projektu lidera obiecującego kiedyś 90 Day Men i perkusisty Sonic Youth i najlepszy post-punk w 2012. Melodeklamacje wokalisty od razu kierują skojarzenia na The Fall, którzy wydają się także inspiracją dla transowych konstrukcji utworów. Z premedytacją zastosowana powtarzalność akordów, pozorna monotonia sekcji rytmicznej,  mogacą dla kogoś wprowadzać nudę, jest idealnym zabiegiem do wytworzenia pełnej napięcia, soundtrackowej, schizoidalnej atmosfery całości, potęgowanej nisko strojonymi przesterami.
Replicate


9. Dinosaur Jr. - I Bet on Sky
/Jagjaguwar/


Trzeci udany album idoli Cobaina od ich powrotu w 2007 roku. Zestaw świetnych kompozycji, niezmiennie będących wypadkową fuzz-gitar z melodyką Neila Younga. W miejsce dawnych niezal-hymnów "Little Fury Things" czy "Freak Scene", utwory epatują nostalgią za sprawą spokojnego, przeciągłego wokalu Mascisa i zamglonego brzmienia a'la Built To Spill. Byli kreatorami zmian w muzyce w końcu lat 80-tych. Dziś nie oczekuję od nich zmian tylko solidności i dobrych melodii, aby smakować klimat beztroskiego amerykańskiego indie rocka.
What Was That


8. Exitmusic - Passage
/Secretly Canadian/


Uwielbiam to uczucie, kiedy włączam płytę nieznanego zespołu i ze ściskiem w żołądku  zostaję zaczarowany brzmieniem i melodiami. Niesamowicie silny żeński głos o barwie przypominającej Victorię Legrand, snuje opowieści w monumentalnie wznoszonych gitarowo-elektronicznymi ścianami, bogato zdobionych, dream-popowych utworach z wyraźnym echem Sigur Ros, Cocteau Twins. To muzyka miejskich upalnych nocy i rozstań. Tajemnicza, rozmarzona, jednocześnie lepka,  duszna i przestrzenna.
The City


7. Mount Eerie - Clear Moon
/P.W. Elverum and Sun/
Mroczny album, podobnie jak druga z płyt Elveruma w tym zestawieniu, ale jest to mrok nieoczywisty, intymny, schowany w delikatnych, pięknych, typowo elverumowych impresyjnych melodiach. Gdzieniegdzie wstrząsany ambient-metalowymi wstawkami, album płynie slowcorowo, potęgując grozę i smutek z każdym dźwiękiem klawisza i szarpnięciem struny. Który to już genialny kompozycyjnie album pod tym szyldem a wcześniej The Microphones, kolejny do przyjmowania jedynie w całości, w odosobnieniu.

The Place I Live


6. Lotus Plaza - Spooky Action at a Distance
/Kranky/


Od pierwszych minut muzyka twórcy najlepszych kompozycji Deerhuntera, omiata nas gitarowymi, delayowymi pasażami, rozpływającymi się w zapętlonych, rozimprowizowanych, przesterowanych kodach. Dream popowe utwory zarówno konstrukcją jak i oddaloną barwą wokalu, bardzo mocno konkurują z macierzystym zespołem i wygrywają z "Halcyon Digest" melodiami. To zniekształcone, zapętlone efektami, puchnące akordami, beatlesowskie piosenki, które potrafią rozmarzyć.
Out Of Touch


5. Ty Segall Band - Slaughterhouse
/In the Red/


Rzężący, melodyjny, kalifornijski pop punk. Szczeniackie piosenki, których energia rozniosła namiot Off Festivalu. W odróżnieniu od garażowej psychodelii na innych wydawnictwach Ty Segalla, mamy tu "zjazd na krechę" w zawierusze jęczących riffów, z wyraźnymi inspiracjami The Stooges i produkcyjnym  pogłosem wokalu imitującym undergroundowość  materiału. Płyta przy której zazdrościsz, że nie możesz przenieść się w czasie i w letnie popołudnia na amerykańskich przedmieściach łoić w garażu z nastoletnimi kumplami.
Tell Me What's Inside Your Heart


4. Wild Nothing - Nocturne
/Bella Union/


Gdy w top 2010 roku umieszczałem rzadko występujący w rankingach debiut Jacka Tatuma, nie podejrzewałem, że następca będzie jeszcze lepszy. Ujawniony już wówczas talent do pisania nieoczywistych, pięknych, skromnych, melodii,  rozwinął się tutaj w postaci jeszcze większej zapamiętywalności piosenek oraz wyrazitości wzbogaconego brzmienia. Magnetyzm tych utworów jest efektem przenikających się ciepłych tekstur syntezatorów z flangującymi gitarami i oddalonym wokalem, w pogoni za 80's dream-popową nostalgią.  11 fragmentów składających się na miękki, latający dywan unoszący gdzieś daleko stąd...
                                                       Midnight Song


3. Metz - Metz
/Sub Pop/


Chyba najczęściej słuchana płyta w 2012 roku. Agresywne, surowe, krótkie utwory, o niesłyszanej dawno kakofonicznej energii, punkowej zadziorności i post-hardcorowym miażdzącym brzmieniu. Podczas słuchania grozi nabiciem kilku siniaków i naciągnieciem mięśni szyi. W odróżnieniu od brudu protoplastów z Seattle, rozstrojone gitary są tutaj sterylnie i selektywnie wyprodukowane, ale dzikość perkusji jak nabardziej autentyczna. Niespodziewana, obłędna, emocjonalna podróż w czasie do pierwszej połowy lat 90.
Wet Blanket


2. Grizzly Bear - Shields
/Warp/


Genialny zespół, każdą swoją nową płytą podnoszący wysoko poprzeczkę, aby później ją swobodnie przeskoczyć. Na dzisiaj jeden z niewielu tak kreatywnie rozwijających się. Zachwycające kompozycje, szarpiące wszystkie struny wrażliwości, skrzące się od tysięcy smaczków i niewidocznych inspiracji, tworzących ich własną, poza indie-folkową jakość. Nieoczywiste  w konstrukcji, inteligentne w budowaniu dramaturgii i melodii opartej na wyjątkowej muzycznej erudycji i harmonicznej współpracy artystów. Obezwładnia melancholią w każdym miejscu i czasie.
Yet Again


1. Tame Impala - Lonerism
/Modular/

Wydający się niedoścignionym debiut "Innerspeaker" z 2010 okazał się tylko odtwarzającą klimat 60/70s przygrywką do tego czym eksplodowali tutaj. Halucynogenne, natchnione, gęste  gitarowo-syntezatorowe pejzaże, narkotycznie rozjeżdżające się, odlatujące każdą zmianą akordów, powodując ciarki i cudowne, mdłe zawroty głowy. Pastelowe utwory tak plastyczne, że rozpuszczają i zniekształcają mijaną rozpaloną miejską tkankę.  Absolutnie współczesna, autorska wypowiedź o muzyce sprzed 40 lat.  Psychodeliczne arcydzieło i kompozycyjny majstersztyk.
Music To Walk Home By



wtorek, 10 stycznia 2012

Podsumowanie albumów 2011

Gdy epatujący erudycją naczelni recenzenci muzyczni Rzeczpospolitej, oznajmiali brak w mijającym roku ciekawych debiutów, intrygujących płyt i generalnie zastój w muzyce, mi po wielu dniach selekcji udało się z ogromu ciekawej muzyki 2011 roku wybrać finałową grupę najlepszych moich zdaniem albumów. Wśród rozterek udało mi się listę okroić do TOP 40 aby nabrała kszałtu przypominającego bardziej ranking. Zastanawiam się czy nie żyję przypadkiem w jakimś równoległym świecie, gdzie powstaje tak dużo wciągającej, poruszającej, porywającej muzyki. 
To był znów bardzo dobry rok, pozostawiający mnie w przeświadczeniu, że tak wielu rzeczy jeszcze nie poznałem na czas tego podsumowania (podobnie jak zeszłoroczne niewybaczalne przeoczenia Warpaint czy The Soft Moon). Rok udanych płyt uznanych marek jak Destroyer, Wilco, Bill Callahan czy Stephen Malkmus, dobrych debiutów Wild Flag, Yuck czy Total Control, ugruntowania pozycji nadziei Bon Iver, The Antlers czy St.Vincent, rozpoczęcia działalności Wytwórni Krajowej płytami Organizmu i Nerwowych Wakacji. Czas zamyślonego ambientu Tima Heckera i Grouper, psychodelicznych odjazdów Peaking Lights i Gang Gang Dance, podniebnego shoegazu Ringo Deathstarr i Asobi Seksu, gitarowej zawieruchy The Men, Iceage i The Psychic Paramount czy wreszcie wciągającej melancholi za latami 80-90, dzięki Real Estate, Girls czy Violens.
P.S. W saloniku prasowym przejrzałem podsumowanie znanego pisma muzycznego - nie rózniło się zbyt wiele od tego, które przeglądałem ostatni raz kilkanaście lat temu.

40. S.C.U.M - Again Into Eyes
/Mute/
Mroczna goth i cold wave atmosfera lat 80-tych z wokalem bardziej przypominającym Interpol czy Editors niz I.Curtisa. Pierwsza część płyty wciąga post-punkową gęstością i dusznością, aby w drugiej rozrzedzić klimat kościelną przestrzennością, co zdecydowanie działa na niekorzyść oceny całości.

Amber Hands


39. Thurston Moore - Demolished Thoughts
/Matador/


Lider Sonic Youth i mój niedościgły wzór alternatywnego etosu, nagrał płytę taką jaką po prostu chciał nagrać w danej chwili. Tak daleką (akustyczność, folkowość) i tak bliską (podobna konstrukcja trzonu utworów i undergrundowo-fałszująca gitara i wokal) twórczości zespołu macierzystego. Wyciszone, delikatne, intymne piosenki o ulotności chwil, minionym czasie i przemijającym szczęściu. Po niespełna 30 latach rozszedł się z Kim Gordon...

Benediction

38. The Pains of Being Pure at Heart - Belong
/Slumberland/


W 2011 shogaze grali lepiej inni. Ale nikt tak jak oni nie komponował w tym gatunku tak "radosnych", chwytliwych indie i twee popowych piosenek w najlepszej brytyjskiej tradycji lat 90-tych. Przestrzenne gitary, synth-gitarowe ściany i to całe brzmienie które uwielbiasz, utkane w utwory, przy których pogwizdujesz robiąc rano jajecznicę czy z przyjemnością robisz porządki mopem. Przy debiucie zaintrygowali, wzmagając apetyt na coś wyjątkowego w przyszłości . Dziś, po prostu chciałbym aby w radio leciały takie piosenki jak ich.

Heaven's Gonna Happen Now

37. Atlas Sound - Parallax
/4AD/


Trzeci album lidera Deerhunter w zbyt oczywisty sposób nawiązuje do ubiegłorocznego "Halcyon Digest" macierzystej formacji, aby wzbudzić jakieś większe emocje. Tak jak w przypadku tamtego albumu jest bardziej akustycznie i gitarowo. Duszny i paranoiczny klimat poprzednich albumów powoli wypiera wyciszenie. Sącząc się z głośników wieczorem smakuje jednak nadal wyjątkowo.



Modern Aquatic Nightsongs

36. Low - C'mon
/Sub Pop/

Low nie nagrywa złych płyt, Low nie nagrywa juz płyt wybitnych. Jak zwykle oszczędnie zaaranżowany kontemplacyjny slowcore, piękne harmonie Alana i Mimi, narastające repetycje z mikro pauzami, reprezentowane są tym razem przez mniej poruszające i zapadające w pamięć utwory. Ale te kołysankowe momenty i otaczająca niezmiennie powolnie, bardzo powolnie niczym dym, monotonia, nadal działają.


Especially Me

35. Bearsuit - The Phantom Forest
/Fortuna Pop!/


Eklektyczny indie pop z Wysp. Zmieszane punk, art rock, disco i pop w kilkanaście przyjemnych piosenek z nienagannym brytyjskim akcentem na wokalu. Radosnym chaosem w konstrkucji utworów przypominają Architecture In Helsinki, a klimatem przywołują na myśl Blur pierwszej połowy lat 90-tych.Jeśli muzyka ma być niezajmującym tłem.




A Train Wreck

34. Girls - Father, Son, Holy Ghost
/True Panther/


Te piosenki juz gdzieś słyszeliśmy. Nie da się określić stylu zespołu, nie w związku z eklektyzmem, ale dlatego, że każdy utwór jest właściwie z innej bajki. 60's opener, dalej hard-rock, to znów Pink Floyd, soft-rockowe akustyczne zamyślone ballady. Na pozór zestaw nie do przetrawienia daje jednak sporą przyjemność ze słuchania i nieuchwytną mgiełkę nostalgii i czegoś intymnego.



Forgiveness

33. Nerwowe Wakacje - Polish Rock
/Wytwórnia Krajowa/


Juz okładka wzbudza retrospekcje - zdjęcie istniało gdzieś na stronach "Encyklopedii Dla Dzieci - Polska Moja Ojczyzna",(1979), którą jako brzdąc starłem w pył od ciągłego czytania i oglądania. Z kazdym przesłuchaniem metaliczny smak w ustach wzrasta, klatki z podrózy, ostre rysy blokowisk w zachodzącym poźnosierpniowych słońcu. Dla jednych muzycznie będzie to harcerskie pitolenie, inni zakochają się w podanym alternatywnie, ulotnym klimacie tradycji polskiej piosenki i wakacji, które nigdy już nie powrócą...

Gigi chce pójsć tam gdzie ja

32. Iceage - New Brigade
/What's Your Rupture/


Energetyczna na pozór punkowa piguła lecz z gotyckim posmakiem i post-hardcorową motoryką. Jeśli jednak gdzieś dostrzeżemy Fugazi czy Joy Division, to w klimacie i w sercach muzyków. Wrazliwość głęboko zakamuflowaną za surowym, agresywnym hałasem i wykrzyczaną złością.



White Rune

31. M83 - Hurry Up, We're Dreaming
/Mute/

Uznany przez wielu za najlepszy album w dorobku, dla mnie jest jednak daleko za "Dead Cities..." (2003) i "Before The Dawn" (2005). Niewątpliwe bardziej urozmaicony muzycznie i robiący wrażenie rozmachem instrumentarium, coraz rzadziej spotykany dwu-płytowy concept album, eksploduje tym razem bardziej brzmieniami klubowymi i freak folkiem niż shoegazowymi ścianami. Konstatuje, ze dreszcze zastąpiła zabawa zmieszana z zamyśleniem, której bezzwolnie poddałem się w czasie Ars Cameralis.

Steve McQueen

30. PJ Harvey - Let England Shake
/Island/


Odrzucona przeze mnie na początku w całości, z utworami nieprzekonującymi w wykonaniu na żywo podczas Primavery. Rozpraszające i nijakie wokale Parisha, pozorna miałkość muzyczna utworów, nie dotykające polityczno-społeczne tematy piosenek, z czasem i kazdym kolejnym odsłuchaniem jednak ginęły w dziewczęcym głosie PJ, szarpnięciach harfy, zadumie i ogólnym intymnym charakterze tej płyty. Przyjmować tylko w całości.

In The Dark Places

29. The War on Drugs - Slave Ambient
/Secretly Canadian/


Ciekawe połączenie americany, melodyjnych alt-countrowych piosenek, przywołujących na myśl wokalnie amerykańskich bardów, z ambientowymi podkładami, synth-dronami miejscami ewolującymi do noisu. Nienowoczesne hymniczne melodie w kameralnych, nowoczesnych, zagęszczonych aranzacjach. Pragnienia aby uciec i zacząć od nowa.



Come To The City


28. Wilco - The Whole Love
/dBpm/
Najlepszy ich album od czasu "Ghost Is Born". Gdy w pierwszym utworze "Art Of Almost", elektroniczne podkłady i eksperymenty wzbogacają alt-countrowe instrumentarium, a całość kończy kakofonia gitar, wydaje się, że powrócili do tego czym zachwycali na początku XXI wieku. Później jednak przewazają tradycyjne brzmienie i konstrukcja piosenek, przez co całość intryguje mniej. Chociaż nie osłabia to magnetyzmu wielu świetnie zaaranzowanych utworów.


Black Moon

27. Stephen Malkmus and The Jicks - Mirror Traffic
/Matador/
Mistrz, lider Pavement, nagrał płytę zbliżoną do dokonań macierzystej formacji z charakterystycznymi przesterowanymi gitarami i "fałszującym", "niechlujnym" wokalem. Zestaw świetnych gitarowych, indie kawałków, które rewelacyjnie sprawdzają się na zywo w małych klubach, nadających im jeszcze większek garazowości, co sprawdziłem w trakcie Ars Cameralis,.



Senator


26. Grouper - A I A : Dream Loss
/Yellowelectric/
Odrealnione, eteryczne wokale. Intymna muzyka, pełna pogłosów, ambientowych plam, eksperymentów i... nostalgii. Klimat przygnębienia potęgują pobrzdękające na tle wielowarstwowych, dronowych podkładów, struny gitary. Późne wieczory nie byłyby tak wyrafinowane bez tej muzyki.




Soul Eraser

25. The Sea and Cake - The Moonlight Butterfly
/Thrill Jockey/
Zaskakująco dobry, nie muszący wstydzić się pozycji dyskografi z lat 90-tych, album mistrzów subtelnego, krautrockowego, jazzującego post-rocka. Daleki od dawnego eksperymentatorstwa, w duchu indie-pop, w najlepszym tego słowa znaczeniu , zbiór utworów, który często wypełniał chwile gdy noc uciszała męczący wieczór za oknem. Tym razem uduchowione, metafizyczne podkłady elektroniczne kryją się pod rytmiczną piosenkową strukturą. Nadal wywołuje zamyślenie...


Lyric

24. Jacaszek - Glimmer
/Gusstaff/

Rewelacyjny album polskiego mistrza ambientu, z którym w tym roku na świecie mógł równać się jedynie Tim Hecker. Po dołujących "Trenach" sprzed 3 lat, tym razem wrazliwy, lekki, piękny, szumiący sen na jawie, przy którym mogę godzinami patrzeć przez szybę na drżące w dole światła nocnego miasta. Elektroniczna sztuka wyzsza, wzbogacona przez klawesyn, klarnet i gitarę. Elektroakustyczna symfonia.


Dare-gale

23. Radiohead - The King of Limbs
/XL/
Złożone z trzasków, szumów, bitów, dubstepowych i krautrockowych rytmów, drgających gitar i eterycznego wokalu, niespełna 40 minut radioheadowej, przestrzennej melancholii. Głęboko ukryte piękno w tej pozornie trudnej w odbiorze muzyce, nadal daje dużo satysfakcji po jego odnalezieniu. Jej siła tkwi w tym, ze zagrana tylko na gitarę akustyczną, nadal robiłaby wrazenie. Większość modnych, efektownych kobiet nie zbyt dobrze wygląda nago, piękne mogą ubierać się w cokolwiek.


Little by Little

22. The Psychic Paramount - II
/No Quarter/

Pozorny chaos i zawierucha, w której tylko wrazliwcy odnajdą wywołujące gęsią skórkę, porywające melodie i harmonie. Psycho noise gdzie hałas gitar i kraut-rockowa motoryka miesza się z wyrafinowanymi ścieżkami gitarowych improwizacji. Do zakochania lub wyrzygania.




DDB

21. The Men - Leave Home
/Sacred Bones/


Najbardziej intensywny album w tym zestawieniu. Post-hardcoreowcy z Nowego Jorku w rozbudowanych utworach zawarli tyle noise-punkowej energii, ze kazde przedkorporacyjne poranne odtworzenie zastępuje kilka espresso i zapobiega wizytom u psychologa. A ilością pomysłów (noise, punk, hard-core, shogaze, krautrock, screamo, indie rock) w kazdym utworze, można by obdzielić dziesiątki dyskografii zespołów punkowych.


Bataille

20. Seefeel - Seefeel
/Warp/


Intrygujący album. Ambient, poddany jednak sennej i powolnej rytmice. Przebijające się ledwo wokale i współpracujące z generowanymi przez komputer szumami, trzaskami i przesterami, powolnie trącane, motoryczne, monotonne bas i gitara, tworzą aurę tajemnicy. Chłodny, krautrockowy mrok.



Airless

19. Asobi Seksu - Fluorescence
/Polvinyl/


Dobry album shoegazowców z Japonką na wokalu. Ty razem bardziej dream popowe piosenki z gęstymi elektroniczno-gitarowymi teksturami są jednak jeszcze dalsze od alternatywności MBV, którym są czasami tagowani. Bardziej przestrzenne, klarowne, energiczne zawierają mniej tajemnicy a więcej radości. Dobrze wyprodukowany brzmieniowo materiał, którego wtórność rozgrzesza przyjemność ze słuchania.

Perfectly Crystal

18. Other Lives - Tamer Animals
/TBD/


Trudna do zdefiniowania duchowość tego albumu, ubrana w szaty folku ocierającego się miejscami o celtyckość, spleciona jest z mniej lub bardziej oczywistych nitek z twórczości The National, Radiohead czy Sigur Ros. Utwory, mimo ze duszne od emocji, są niezwykle przestrzenne wskutek zastosowania bogatego instrumentarium orkiestrowego, które nadaje im wręcz soundtrackowego charakteru. W czasie jazdy pustymi, wąskimi drogami po wzgórzach i wąwozach, zapiera dech.

Tamer Animals

17. Yuck - Yuck
/Fat Possum/
Debiut garściami czerpiący z amerykańskiej sceny indie lat 90-tych. Dinosaur Jr., Yo La Tengo, S.Malkmus, Sonic Youth są tutaj czasami aż nazbyt widoczni, ale świetny zestaw piosenek z takimi inspiracjami nie przeszkadza mi w ogóle. Grają muzykę z czasów gdzie kazdy z nas chciał mieć właśnie taki zespół i wystąpić w "120 Minutes". Epigoństwo najwyższej próby.



Holing Out

16. Battles - Gloss Drop
/Warp/


Po frapującym, precyzyjnym debiucie z 2007 roku, tym razem math-rock został roztańczony i pokręcony freak-folkiem. Mimo, ze taneczny rytm (czasami wręcz afro i tropicana)i wokale wprowadzają elementy improwizacji i psychodelii,"matematyczne" riffy gitarowe, będące główną osią utworów porządkują ich konstrukcję, utrzymując zimny i techniczny klimat. Nie mniej oryginalne i porywające jak debiut.


My Machines

15. Destroyer - Kaputt
/Merge/

To nie będzie moja ulubiona płyta, ulubionego songwritera Dana Bejara. Wolę jednak jego bardziej surowe, brudne, zgorzkniale wykrzyczane, "pijacko" melodeklamowane piosenki z poprzednich albumów. Tym razem brzmienie bardziej wygładzone, wysmakowany klimat, stonowany, elegancki wokal (miałem wręcz przeświadczenie że Dan śpiewa to trzymając mikrofon w dwóch palcach z uniesionym do góry najmniejszym) i wszechobecne dęciaki. Udało się jednak takze przy takich środkach wyczarować specyficzny magiczny klimat i utrzymać jakość songwiritingu.
Chinatown

14. The Go! Team - Rolling Blackouts
/Memphis Industries/


Najbardziej radosna płyta w tym zestawieniu. Kilkanaście piosenek o niesamowitej energii, usprawiedliwiających przypadkowe, niekontrolowalne trajektorie dowolnych kończyn. Świetnie melodie, grupowy, wręcz dziecięcy w swej spontaniczności śpiew, przemieszane w tanecznym maratonie classic pop, classic rock, rap, jazz, hip-hop i wielu innych. Niczym nieskrępowana zabawa, która od pierwszego na płycie "T.O.R.N.A.D.O" przetacza się po słuchaczu. Tęsknię za takimi imprezami.

Buy Nothing Day

13. Gang Gang Dance - Eye Contact
/4AD/


Eksperymentatorzy z Nowego Jorku, uformowali bardziej ułożone, popowe kompozycje pełne elementów house, noise, synth-pop, dub czy pierwiastków hinduskich i afrykańskich. Ogrom inspiracji i przeplatających się elementów intryguje, pozwalając co rusz odkrywać nowe barwy utworów. Kilka punktów kulminacyjnych w kazdym utworze, nadal pozostawia wrazenie eksprymentu i utrzymuje napięcie nawet w tych dłuższych. Ten album mozna chłonąć tylko jako całość. Trudna do ogarnięcia, perfekcyjna brzmieniowo psychodelia.

Thru and Thru

12. Peaking Lights - 936
/Not Not Fun/


Psychodeliczny, narkotyczny, rozleniwiający album. Jak lepka, upalna letnia noc bez szans na ruch powietrza. Inspirowane dubstepem podkłady, hipnotyczne gitary, bas i wokal, ułozone w niekończące się repetycje, które wciągają i uzalezniają coraz bardziej. Bardzo słoneczna, ale i tajemnicza muzyka.




All The Sun That Shines

11. Total Control - Henge Beat
/Iron Lung Records/


Bardzo dobry debiut zespołu z Australii. Post-punkowy klimat przełomu lat 70/80, wyraźne inspiracje Joy Division, Wire, Suicide czy Magazine, najbardziej curtisowy wokal wśród wszystkch epigonów. Napędzany monotonnym bitem cold wave rozdzierany jest synth gitarowymi, noisowymi eksplozjami i pulsuje chropowatymi, futurystycznymi teksturami. Dawno nie słyszałem czegoś tak dobrego w tym gatunku.


Carpet Rash

10. Wild Flag - Wild Flag
/Merge/


Kolejny bardzo dobry debiut, w momencie pierwszego przesłuchania okrzyknąłem "Warpaint 2011 roku". Muzycznie nie ma tu oczywistych porównań, ale takze te cztery panie oczarowały mnie wyrafinowanymi, gitarowymi piosenkami. Mniej tu opartych na linii basu, bujających, harmonicznych wokalnie kompozycji, a więcej garazowego, riffowego, rozimprowiowanego i wykrzyczanego wokalnie grania. Grupa załozona przez gitarzystkę i wokalistkę świetnego zespołu Sleater-Kinney, łącząc punk i post-hardcore z indie rockiem, stworzyła bardzo energetyczny i osadzony w tradycji album.
Romance

9. St.Vincent - Strange Mercy
/4AD/


Ilez się dzieje na tej płycie. Zaskakująco róznorodny i barwny album tej uroczej, pozornie delikatnej, a pełnej gniewu i wściekłości multinstrumentalistki. Gdzieś daleko słychać echa Sufjana Stevensa, z tymi bogatymi aranzacjami z ostatniej płyty. Wyraziste, ostre riffy jak w pierwszym utworze, pojawiają się ponownie często, przy wybuchach tłumionej agresji, przerywając kołysankowe początkowo utwory. Do tego dochodzi bogactwo psychodelicznych smaczków i pulsujących bitów elektronicznych. Przy kolejnych przesłuchaniach odkrywanie wciąga jeszcze bardziej.
Northern Lights

8. Violens - Nine Songs
/self-released/


Podobnie jak w zeszłym roku, znów fantastyczny zestaw piosenek skąpanych w nostalgii lat 80-tych. Tym razem jednak post-punk, new wave, psychodelia są wycofane, stonowane, uwypuklając popowość materiału bardziej niż na debiucie. Przesterowane gitary, chłód basu i klawiszy jest jakby tym razem zamglony, miękkimi wokalami i synth-popową aranzacją. Przede wszystkim świetne melodie, z których kazda tak jak na debiucie mogłaby uchodzić za ideał piosenki, którą chciałbyś stworzyć. Taki talent zdarza się rzadko. Niewytłumaczalnie zaraźliwe.
Spirit

7. Bon Iver - Bon Iver, Bon Iver
/Jagjaguwar/

Od pierwszych taktów, pięknie rozlewającego się "Perth", az do zamyślonego "Beth/Rest", przesuwają się na granicy snu i jawy spowite mgłą i mieniące się rosą wschodzącego słońca, panoramy jakiś pięknych nieznanych miejsc. Piosenki o starzeniu się, o ewolucji naszego postrzegania miłości, o tym jak bardzo zawsze chcemy byc inni. Z zadowoleniem odebrałem odejście od tradycyjnie folkowego instrumentarium i konstrukcji utworów, na rzecz muzycznych plam bogatych w barwne gitary, syntezatory, fortepian, saksofony i smyki, będących magnetycznych tłem falsetowego wokalu Justina Vernona.
Perth

6. Ringo Deathstarr - Colour Trip
/Club AC30/


Najlepiej zagrany, porywający, energetyczny, hałaśliwy, nieoczywisty, schogeaze w 2011 roku. Niepozornie od Sceny Leśnej o 15:35, na ostatnim Off Festival do jednej z lepszych płyt tego roku. W gitarowym zgiełku czają się wspaniałe melodie, prowadzone uroczym i delikatnym głosem wokalistki, skondensowane w konkretnych, nierozwleczonych utworach. Brzmienie gitar blizsze My Bloody Valentine niz klimat/konstrukcja całości. Połowa tej płyty to "ciary".


Two Girls

5. Organizm - Koniec, Początek, Powidok
/Wytwórnia Krajowa/


Jeden z lepszych polskich zespołów gitarowych, trzy lata po obezwładniającym mnie debiucie nagrał jeszcze lepszą płytę. Inspiracje post-punkiem, new wave, Sonic Youth, tak chłodno i szorstko wówczas podane, tu zyskały świetne melodie. Oparte głównie na basie pierwotne proste brzmienie, tu imponuje paletą barw gitar i doborem smaczków. Tam neurotycznie wykrzyczane, tu pogodnie wyśpiewane strofy o niezrozumieniu, cyniźmie miłości, egsystencjalnym strachu. Nadal tekściarskie mistrzostwo rzadko prezentowane przez naszą rodzimą scenę i ta specyficzna hipnotyczna nostalgia.

Ewa

4. Bill Callahan - Apocalypse
/Drag City/


”The real people went away, I’ll find a better way someday, Leaving only me and my dreams” rozpoczyna płytę Bill Callahan swoim barytonem i kontynuuje "riding for the feeling" z zaskakująco bogatymi jak na niego podkładami i gitarami (na zywo, na Ars Cameralis, aranzacja tych utworów była jeszcze bardziej imponująca). Proste, przejmujące melodie, ciche i pełne emocji . Piękna płyta o samotności, przepaści między nami, mijających godzinach i znikających miejscach.

Riding For The Feeling

3. Tim Hecker - Ravedeath, 1972
/Kranky/


Piękna, niepokojąca, zamyślona, podniosła płyta mistrza ambientu. Przetworzone, poszatkowane tajemniczymi zgrzytami i trzaskami, nagrane w kościele w Reykjaviku organy, sąsiadujące z delikatnymi fortepianowymi pasazami i mrocznymi dronami, zniewalają, otępiają i zamrażają twój wzrok na jednym punkcie przez cały czas trwania albumu. Towarzysz wielu ciepłych nocy i poranków wśród zółtych ściegów latarni na ulicach, rozmazanych czerwonych punktów samochodów w dole, falujących setek świateł miasta w oddali.

Hatred Of Music I

2. The Antlers - Burst Apart
/Frenchkiss/


Po pięknym, intymnym, traumatycznym, eterycznym, porównującym destrukcyjny związek z opieką nad umierającą na raka kości dziewczyną, "Hospice" sprzed dwóch lat, tym razem mamy wrazenie większej przestrzeni i muzycznego optymizmu. Elementy ambientu, towarzyszące gitarom, ustąpiły odważniejszemu użyciu elektroniki, brzmienie uległo wzbogaceniu, szeptano-nucony wokal zastąpiły odważniej śpiewane melodie. Ale to nadal smutna, nocna, jakby gdzieś odosobniona, stłumiona w uszach muzyka i liryki, choć sugerujące pogodzenie z losem, pełne samotności i obaw przed jutrem, na jawie i we snach.

Every Night My Teeth Are Falling Out

1. Real Estate - Days
/Domino/
Najlepszy zestaw piosenek w tym roku, gitarowych, ale takich gdzie gitary są leniwe, a kompozycje rozbrajająco senne. Ta płyta nie ma momentów, gdzie chciałoby wcisnąć się "repeat", przyciąga do kolejnych przesłuchań w całości. W najlepszej tradycji amerykańskiej alternatywy lat 90 reprezentowanej chociazby przez Yo La Tengo czy Built To Spill. Pozornie słoneczny surf-pop, faktycznie, zachmurzony melancholią i rozważaniami o utracie niewinności, dzieciństwa, czasu zabawy, beztroski i nostalgicznym powrotem na przedmieścia...

Easy